czwartek, 23 lutego 2017

Tydzień w zdjęciach

I znowu mnie nie było a być miałam!
Znowu gdzieś tam lenia blogowego złapałam i jestem o to zła na siebie strasznie ale z drugiej strony tak sobie myślę, że nie jest to też jakiś wielki problem dla mnie:)
Tak to już jest, że raz coś nam się chce a raz nie, nie ma co dramatyzować:)
Mam teraz przynajmniej kilka rzeczy do pokazania, zwierza jednego szczególnego też zobaczycie obowiązkowo, trochę dobrego jedzonka i norweskich klimatów.
Tydzień, a w zasadzie prawie 10 dni w zdjęciach.
No to goł:)



środa, 15 lutego 2017

Filmik

Dzień dobry cześć i czołem:)
Pozdrawiamy z zakatarzonego Oslo:) 
A mama ostrzegała: "po alkoholu dziecko spada odporność i możesz nie tylko odchorowywać kacem ale i nabawić się przeziębienia".
Jako, że kaca wielkiego nie było to chorobą nadrabiam.
Ale nie jest tak źle!
Mówię, chodzę, oddycham, apetyt mam taki jak zawsze więc przeżyjemy.
Dziś miał być słitaśny post o walentynkach, miłości i i tych wszystkich wspaniałych uczuciach których doznaję od samego patrzenia na zdjęcia bliskich mi osób.
Ale stwierdziłam, że nie potrzebuję walentynek jako pretekstu do takiej publikacji i mogę notkę dodać kiedy zechcę a dziś...
A dziś będzie Chrupek, będę ja i chwila z naszego życia tutaj w Oslo.
Dokładnie kwadrans:)
Filmik nie był planowany, reżyserowany ani poprawiany dlatego jest jak jest,
a ja chora dodatkowo zawieszam się, pociągam nosem i szeleszczę reklamówkami tak, że czasem nic innego nie słychać:)
Ale jest też Chrupek!
Dokładnie przez kilka pierwszych i ostatnich minut więc jeśli kogoś nie bardzo obchodzą moje przejrzałe banany i inne zakupy niech od razu przesunie na ok 13stą minutę:) 
Ale po Chrupusiowym wstępie rzecz jasna!



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)

niedziela, 12 lutego 2017

Co robimy jak nas tu nie ma?:)


Ciężko, coś ciężko jest mi się zebrać, pisać regularnie, planować i panować jakoś nad każdym dniem tak aby nie marnować tyle czasu ile marnuję obecnie...
Wymówek i usprawiedliwień jest co najmniej tyle ile "od jutra".
Ale luty i tak jest lepszy mimo, że był bardzo stresujący. 
Pokazał mi przynajmniej, że nie jestem wcale taka beznadziejna jak mi się wiecznie wydaje (przynajmniej jeśli o język norweski chodzi:)
A tymczasem mamy zimę pełną parą i, choć zdjęcie wykonałam kilka dni temu, to krajobraz tu w Oslo wcale się nie zmienił. 
Przynajmniej tak jest cały czas u mnie na osiedlu domków, bo już w ścisłym centrum 6 km dalej śniegu totalnie brak i czuję się jak debil paradując w śniegowcach:)
Ale tutaj nikt nie zwraca uwagi na "odmieńców" i właśnie za to bardzo sobie cenię te skandynawskie ziemie:)


wtorek, 31 stycznia 2017

Mała puchata kulka

Ostatecznie nie robiłam podsumowania 2016 roku.
Po wielu przejściach w życiu wychodzę z założenia, że nie powinnam patrzeć wstecz.
Jestem wdzięczna za każdy rok, który przeżyłam i który oddala mnie od złych wspomnień, a te dobre i tak mam zakodowane w głowie, nie muszę sobie ich w styczniu specjalnie przypominać:)

Ale o jednej niesamowicie pozytywnej zmianie, która nastąpiła w moim życiu w 2016 roku muszę tutaj napisać.

Dokładnie 7 sierpnia, pamiętam bo właśnie szykowaliśmy się z Adamem na poprawiny, zadzwonił mój brat, kazał mi poczekać bo właśnie do mnie jedzie i ma dla mnie niespodziankę.
To źle wróżyło bo nigdy nic od niego nie dostałam...
Ale byłam wściekła!
Nie mamy czasu, już jesteśmy spóźnieni a mój braciszek coś sobie w tej swojej pecynie uroił!
W końcu przyjechał i wyciągnął z kieszeni małą włochatą przestraszoną kuleczkę...
I tak oto poznaliśmy CHRUPKA:)



sobota, 28 stycznia 2017

Sałatka z SOCZEWICY z BURAKIEM i sosem MUSZTARDOWYM

Zaskakujące jest to jak w życiu zmieniają się smaki.
Kiedyś buraki tolerowałam tylko i wyłącznie w formie zawekowanej paćki domowej roboty, którą moja mama każdego roku wytwarzała w ilości hurtowej.
Niezależnie od tego czy słoiczków było 10 czy 50, nigdy nie zdarzyło się aby choć jeden wiosny doczekał:)
Barszcz czerwony był za to moją zmorą. Zresztą które dziecko go lubiło? 
W szkole na stołówce panie pilnowały nas tylko w ten dzień gdy podawano właśnie barszcz. 
Nie można było wstać od stolika póki w talerzu nie było widać dna.
To był koszmar, który sukcesywnie zniechęcił mnie do buraków!
Na szczęście mama w domu nas barszczem czerwonym nie katowała i ogólnie nigdy nie zmuszała do jedzenia czegoś na co nie mamy ochoty.
I chwała jej za to bo dzięki niej szybko zaczęłam sama przekonywać się do wszystkich warzyw i owoców a na starość pokochałam nawet ten feralny barszcz i wszystko co ma cokolwiek z buraczkami wspólnego:)
Dzisiejsza sałatka to kolejna propozycja, tuż po "sznyclach z kaszy gryczanej i pieczarek" (link) z książki "Wegan Nerd. Moja roślinna kuchnia" Alicji Rokickiej, autorki bloga WEGAN NERD (link).
Do wypróbowania czeka cała kolejka przepisów i jeśli wszystkie są tak ciekawe i smakują tak zaskakująco dobrze, to podejrzewam, że wyżej wymieniona książka kucharska stanie się moją ulubioną:) Ale na szczegółową recenzję jeszcze chwilkę niech sobie poczeka:)

A tymczasem przyjrzyjmy się sałatce, która poprzez obecność surowego buraka miała według moich przypuszczeń okazać się totalną porażką i ohydą.
A wyszło niebo w gębie!


czwartek, 26 stycznia 2017

"Glutenowe kłamstwo i inne mity o tym, co jemy"

W ciągu ostatnich kilku miesięcy nabyłam sporo książek dotyczących odżywiania.
Sporo?
W sumie całą masę.
Kilka już przeczytałam i w końcu zabieram się za ich omawianie a zacznę od dopiero co ukończonej, bo tę mam najbardziej w pamięci i...w zasadzie mam o niej najmniej do powiedzenia.
Dlaczego?



niedziela, 22 stycznia 2017

Sznycle z kaszy gryczanej i pieczarek

Czekałam na nią odkąd tylko wyszła na rynek.
To był jeden z najlepszych prezentów świątecznych jakie mogłam sobie sprawić:)
Książka kucharska autorstwa Alicji Rokickiej prowadzącej bloga WEGANNERD (link).
Wegańska, różnorodna a jednocześnie łatwa i dostępna kuchnia i dla trawo i dla mięsożerców:)
Już bym chciała się tutaj pozachwycać nad całą książką ale to zostawię sobie na później, gdy tylko wypróbuję więcej przepisów:)
Pierwszy wyszedł genialnie:)
Przedstawiam Wam dziś pyszne sznycelki, które świetnie zastąpiły mi tradycyjne mielone.
Swoją drogą, nigdy nie lubiłam kotletów z mielonego mięsa, za to te dzisiejsze w wersji roślinnej będę powtarzać na okrągło!