środa, 21 czerwca 2017

Jak pokochać siebie

Wiecie, że po ostatnim wpisie miałam zamiar meldować się tutaj codziennie?
Więc jak to się stało, że znowu prawie 2 tyg bez wieści ode mnie minęły?
Ano dlatego, że zaraz zaczął się "ciąg" trzech zawalonych dni.
Do tego mnóstwo pracy. 
Serio, tak ciężkiego tygodnia nie miałam już dawno.
A jak już się trochę unormowało i miałam więcej czasu, to znowu 2 dni napadów.
To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że nie chcę tak żyć, że chcę się tego kur**stwa pozbyć raz na zawsze.
Bulimia zabiera tyle czasu, sił i szacunku do siebie.
Właśnie tego ostatniego mi najbardziej obecnie brakuje.
Ciągle porównuję się z innymi, wyrzucam sobie, że znowu mi się nie udało, że nadal jeste chora i nadal czuję się ze sobą źle.
Znowu wakacje i kompleksy, znowu nie założę ciuchów, które trzymam z chudszych czasów lub które były kupione w mniejszym rozmiarze i nigdy nie noszone.
Znowu obiecywałam sobie, odliczałam tygodnie, myślałam, że potrzebuję tylko 2-3 "czystych" tygodni aby poczuć się ze sobą lepiej, trochę schudnąć i wprowadzić nowe nawyki.
No i uzbierałoby się tyle ale poprzecinane napadami.
A wszystko przez tą presję jaką sama sobie narzuciłam.

To nie jest tak, że się nie staram, że nie próbuję z tego wyjść.
Jeszcze nigdy nie poświęcałam tyle czasu na pracę nad sobą, na próbę zrozumienia siebie, tych wszystkich impulsów, które popychają mnie do objadania się i wymiotowania.
Nigdy jeszcze tak na prawdę nie myślałam, że mogę wyzdrowieć, że bulimia nie musi iść ze mną w parze całe życie.
A teraz wiem, że wyzdrowieję.
Ale muszę przestać się odchudzać, pokochać swoje ciało, wyrobić nowe zdrowe nawyki i zacząć szanować siebie.
Trochę dużo jak na całe lata spuszczone w toalecie.
Ale wiem, że się uda.
A wszystko będę relacjonować tutaj.
I póki choruję na bulimię, to będzie blog o wychodzeniu z niej, przede wszystkim.
A wiecie co mnie najbardziej motywuje? 
Że swoją (pozytywną) postawą mogę pomóc innym osobom zmagającym się z zaburzeniami odżywiania.
Mogę kogoś zainspirować tak jak Ania Gruszczyńska (link) zainspirowała mnie i pokazuje, że można wyzdrowieć!
Chcę być takim dobrym mobilizującym przykładem, ale przede wszystkim chcę odzyskać siebie!


sobota, 10 czerwca 2017

Być sobą

W głowie mam tysiąc myśli.
A kiedy tak jest to przeważnie nie wiem co napisać.
No i nie wiem, choć tak na prawdę wiem jakie zdanie doskonale odda moje samopoczucie.
Dałam ciała, zawaliłam jestem totalnie beznadziejna.
I tutaj powinno pojawić się mnóstwo łzawych, przepełnionych nienawiścią do samej siebie zdań o stopniu mojej głupoty, 
nieporadności i totalnym lenistwie któremu poddaję się zdecydowanie za często.
A może by tak uśmiechnąć się do samej siebie, powiedzieć "wyluzuj będzie dobrze" i przestać pisać/mówić/myśleć o porażkach?
Przecież nie jest wcale tak źle, przecież dzieje się w mojej głowie i życiu wiele dobrego i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej!


poniedziałek, 22 maja 2017

O odzyskanej radości z BIEGANIA

Przeglądałam ostatnio zdjęcia z instagrama, które sobie w grudniu wywołałam. 
Tak, wywołuję niektóre zdjęcia:)
A czemu? 
Bo są na nich przyjemne chwile, takie które dobrze mi się kojarzą, napełniają optymizmem i mobilizują:) 
Ponad połowa spośród 80 fotografii przedstawiała piękne widoki, mnie i pokonany dystans.
Bieganie w zeszłym roku sprawiało mi niesamowitą przyjemność!
Dawało mi ogromnego powera i sprawiało, że moja samoocena rosła z każdym przebiegniętym kilometrem.
Bo docierało do mnie, że mogę tak wiele.
Że mogę ruszać nogami, przenosić się z miejsca na miejsce, wytrzymywać zmęczenie, mieć siłę, czuć pęd powietrza na twarzy 
i ogromne ilości powietrza wtłaczane coraz łatwiej do płuc.
Jak wiele osób nie może robić i czuć tego co ja!
Bo ciało im nie pozwala, choroby, a czasem zwykłe lenistwo i brak kondycji.
A ja biegłam i nie miałam dosyć, mimo że pierwsze 3-4 km zawsze były ciężkie.
Ale nagle to się skończyło.
Nagle przestałam odczuwać radość i satysfakcję z biegania.
I to na kilka długich miesięcy!
Dlaczego?


poniedziałek, 15 maja 2017

DOM

2 tygodnie w Polsce.
To był pierwszy zjazd, z którego się nie cieszę, którego nawet żałuję.
Bo trochę kłótni, bo przykre słowa, bo przejmowanie się gadaniem i tym co robią inni.
Kolejne dwa tygodnie po powrocie do Oslo dochodziłam do siebie...serio.
Dlatego nie pisałam.
Ale teraz, gdy już ochłonęłam, przestałam żałować.
Bo dzięki tym 14 dniom w Polsce, które nie były takie jakie miały być, jestem bogatsza o nowe doświadczenia ale przede wszystkim wnioski.
Już nie dam się sprowokować, już nie dam sobie wmówić, że jestem beznadziejna, już nie pozwolę aby słowa innych ludzi tak mnie zdołowały.

Nie będę pisać dokładnie o co chodziło bo to już nieważne.
Zrzuciłam tą garstkę zdjęć, jaką udało mi się zrobić, przejrzałam i uśmiech wrócił.
Bo jest nasz piękny drewniany domek, pełen ciepła i to nie tylko tego z kominka.
Mimo średniej aury, mimo zimna, deszczu i bałaganu, mimo naszej złości na tą wredną pogodę...
Potargano Chałupka zawsze jest wspaniała:)

sobota, 15 kwietnia 2017

Dzień 20, PODSUMOWANIE wyzwania!

Kochani!
Dobrnęliśmy do końca!
3 tygodnie za mną.
3 tygodnie, podczas których starałam się wyeliminować napady obżarstwa i wymiotowanie.
Co prawda to jutro jest oficjalnie ostatni 21 dzień, ale jakoś nie wydaje mi się abym znalazła czas na podsumowania przed wylotem, a tym bardziej będąc już w Potarganej Chałupce:)
Dlatego ostatnia notka dotycząca mojego wyzwania pojawia się właśnie dziś:)
Jak mi poszło?
Czy coś się zmieniło?
Ile dni wytrwałam? 
No i przede wszystkim- CO DALEJ??

To wszystko w filmikach:)
Są długie ale uwierzcie mi, to i tak jest sporo krótsza wersja:)

Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, motywację, za WIARĘ we mnie!!!
Cieszę się bardzo, że zaczęłam tutaj pisać o mojej chorobie.
Nawet nie wiecie jak ogromny to był dla mnie postęp i jak wiele mi to dało!
To tylko 3 tygodnie a tyle się zmieniło!

Będę jeszcze wspominać jak mi idzie- na pewno! 
Ale nie chcę pisać o tym już każdego dnia.
Wyzwanie się skończyło, teraz będzie to codzienność:)



A już jutro Potargano Chałupka!!!
Chrupuś już tam jest i czuje się bardzo dobrze:)

Ahh nie ma słów, które wyrażą to jak bardzo się cieszę!
Obiecuję, że notka ze zdjęciami pojawi się jak najszybciej!

Pozdrawiam!
Klem, klem:)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dzień 17 i 18, URODZINY i pożegnanie z CHRUPCIEM


Jak ten czas szybko leci.
Wczoraj znowu miałam tysiąc spraw i jak spokojnie usiadłam było już po 22.
A że doskwiera mi niedobór snu to już nawet nie próbowałam pisać notki tylko uciekłam do wyrka.
I tak usnęłam grubo po 23 bo im bliżej wyjazdu tym więcej myśli się w głowie kłębi.
Ale tych pozytywnych!
No nie mogę uwierzyć, że jeszcze tylko piątek i sobota i fruuu do Balic:)
A tymczasem w Oslo wszystko pozamykane, autobusy jeżdżą jak w niedzielę, wielkie święto u nie-katolickiego narodu xD
Wszyscy pędzą w góry na resztki śniegu i narty, 
pozostali do swoich domków letniskowych i tylko te wyrzutki pracujące w święta pozostały, 
w tym ja hehe:)
Ale to dobrze, szybciej zleci:)

Ale do sedna.
Chrupuś pojechał:(
Zostałam na te 2 ostatnie dni i 3 wieczory sama.
I tak mi dziwnie i przykro:(
Mój brat jedzie jutro autem do Polski i tylko w taki sposób Chrupek może być z nami te 2 tygodnie w Potarganej Chałupce.
Martwię się tylko jak zniesie podróż.
Bo wiecie, ja to go zabawiałam, przytulałam po drodze, żeby się jak najmniej stresował,
a w kajucie na promie wypuszczałam go aby sobie pobrykał.
A mój brat to raczej sobie takimi rzeczami głowy zawracać nie będzie.
Ale w sobotę rano Chrup będzie już z Adamem i chłopcami:)
A ja dotrę dzień później:)


wtorek, 11 kwietnia 2017

Dzień SZESNASTY, wegański BIGOS i filmik o TERAPII zaburzeń odżywiania

Im mniej myślę o jedzeniu tym bardziej chce mi się pichcić:)
To ciekawe bo jak nastawiałam się na "wielki start" czyli OD PONIEDZIAŁKU, to za każdym razem brakowało mi czasu na planowanie posiłków.
Przez to podjadałam, a obiad często składał się z mnóstwa różnych produktów schrupanych na stojąco i bez udziału mózgu xD
A teraz? 
Teraz nie zastanawiam się pół dnia co ugotuję na obiad, co zrobię sobie jutro na śniadanie, co zabiorę do pracy...
Nie myślę o tym a i tak coś smakowego do głowy przychodzi:)
Ale ten bigos wypatrzyłam wczoraj ponownie na blogu Iny TRUE TASTE HUNTERS (link)
Rany jakie to dobre!!!


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dzień PIĘTNASTY, odliczanie i pyszne kotlety

Jak ja się dziś czułam.
Z jednej strony fizycznie totalnie do bani, opuchnięta, śpiąca, czyli skutki zawalonego weekendu.
Z drugiej strony psychicznie- REWELACJA!
Serio!
Nie wiem jak to możliwe ale w ten ciężki kompulsywny weekend, między jednym napadem obżarstwa a drugi, doznałam olśnienia.
Brzmi głupio, może śmiesznie.
Nieważne:)
Kiedyś o tym napiszę ale jeszcze nie teraz:)
I stwierdzam, że dzień jest zdecydowanie za krótki!
Mimo, że już tak cudnie!
Ściemnia się dopiero po 20-stej i do tego fajnie bo szybko leci i wyjazd coraz bliżej.
Ale nie mam tyle czasu na pisanie tutaj a uwierzcie mi, pomysłów w głowie dużo, tematów, planów...
Mimo to nie narzekamy, cieszymy się wiosną, słońcem i kolorowym jedzeniem:)
A dziś jakie pyszne kotlety popełniłam!
I jakie proste!
Wegańskie oczywiście:)



niedziela, 9 kwietnia 2017

Dzień 12, 13, 14

To powinna być strasznie dołująca notka, pełna wyrzutów, obwiniania się, przepraszania, żalu,
okraszona hejtowaniem samej siebie, użalaniem się i poczuciem totalnej beznadziejności.
Już mi się szczerze mówiąc mieszają te dni, nie pamiętam, które były dobre, które średnie, a które totalnie do bani.
Wiem tylko, że im więcej złych myśli mam tym więcej spraw zawalam.
To takie błędne koło- wystarczy raz nawalić a idzie cała lawina bo gdzieś tam w głębi mam poczucie, 
że zawiodłam i zaczynam to odreagowywać w najlepiej znany sobie sposób.
W piątek było źle, a wczoraj, w sobotę spadłam na samo dno.
Czy Was to tak sam irytuje jak mnie?
Czy myślicie sobie- no kurde już tak dobrze jej szło a tu znowu lipa i od nowa...
Bo ja tak myślałam, do wczoraj.
Teraz już się nie zamartwiam.
Nie jestem wcale beznadziejna, nie jestem po*raną bulimiczką, użalającą się nad sobą.
Nie chcę wyzdrowieć.
Ja po prostu to zrobię!
Będę zdrowa, wiem to!





Klem, klem:)

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień JEDENASTY

Miałam dziś odpuścić pisanie ale nie dlatego, że coś poszło nie tak.
Po prostu jestem zmęczona i chcę się wcześniej płożyć.
Ale wiedziałam, że kilka osób mogłoby się zmartwić i myśleć, że znowu wróciły kompulsy.
A tymczasem 11 dzień walki za mną.
Przeważnie poddawałam się po max 3-4 dniach.
To już dla mnie o czymś świadczy.

Marzę już o niedzieli, o wyspaniu się, odpoczynku i o... bieganiu:)
Może już jutro znajdę czas i siłę:)
I na bieganie i na nadrabianie blogowych zaległości, które znowu mi się nagromadziły:(

A tymczasem zasypiam myśląc o zbliżającym się wielkimi krokami wylocie do Polski:)
Potargana Chałupka,  Adam, chłopcy, wiosna, lampka wina na tarasie i będę w raju:)
Za 10 dni dokładnie:)
Chcę żeby ten czas był udany, aby nic mi nie zakłócało tego szczęścia które mnie czeka jak tylko wysiądę z samolotu:)
Ale na dziś koniec tych moich przemyśleń.
Czas się dla odmiany wyspać!
Jutro wrócę z nowymi siłami i być może trochę ciekawszą notką:)
No i z Chrupkiem, który dzielnie mi towarzyszy i umila każdy dzień:)



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)

środa, 5 kwietnia 2017

Dzień DZIESIĄTY, o dziewiątym zapomnijmy....

Tak, poległam i celowo wczoraj nie pisałam.
A chciałam, ale to byłby bardzo brzydki post pełen nienawiści do samej siebie.
A tego wolałam uniknąć.
Dziś za to cały dzień zastanawiałam się co poszło nie tak.
I jak to naprawić, tak aby następnym razem było lepiej.
No i trochę się sama w myślach wyzywałam, nawet trochę bardzo.
Ale po otrzymaniu tylu wiadomości na moim instagramie (link) przestałam myśleć o wczorajszym dniu a o tym, że jutro już poczuję się lepiej.
Najważniejsze jest to, że wiem co poszło nie tak.
A najgorsze, że wystarczyła chwila, jedna myśl, jedno zawahanie się i wszystko się posypało.
I teraz muszę pracować nad tym aby tę chwilę przeciągnąć, aby zmieścił się tam czas na szybkie przypomnienie sobie dlaczego nie mogę tego zrobić.
Dlaczego nie mogę się poddać.
To może być prysznic, napicie się wody, wyniesienie śmieci, zjedzenie marchewki.
Albo myśl, że ten mały uszaty znowu zobaczy mnie w takim stanie jakiego wstydzę się przed każdym, przed sobą i przed nim również.
A czemu muszę walczyć?
Bo gdy nie mam napadów, gdy nie wymiotuję i nie myślę obsesyjnie o jedzeniu,
wtedy jestem po prostu szczęśliwa.

Wytrzymałam 8 dni.
Dla mnie to i tak bardzo długo.
Ale teraz będę się starać podwójnie!


Klem, klem:)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dzień ÓSMY, o tym czego NIE MOGĘ JEŚĆ

Na przestrzeni 13 lat moja choroba...hmm...ewoluowała?
Kiedyś robiłam specjalnie zakupy do napadów.
Jechałam do Biedronki i kupowałam najtańsze słodycze- czekoladę w słoiku, chipsy, płatki do mleka, chleb tostowy...
Potem zamykałam się w pokoju i jadłam, przez przynajmniej godzinę ciągle coś żułam, czasem czując smak, czasem nawet o nim nie myśląc.
A potem przychodził ten nieprzyjemny etap- wyrzuty sumienia, nienawiść do siebie i wymiotowanie.
I tak kilka razy pod rząd przez 5-6 godzin.
Po tym czasie byłam wykończona i fizycznie i psychicznie i obiecywałam sobie, że to ostatni raz.
Moim koleżankom powiedziałam dopiero w ostatniej klasie technikum.
Przez 4 lata udawałam przed nimi, że wszystko jest ok i nie miały zielonego pojęcia, że coś mi dolega.
Nawet na studniówkę nie poszłam bo czułam się gruba, brzydka, 
nie miałam chłopaka i nie śmiałam nawet prosić kogokolwiek o ewentualne towarzyszenie mi na balu.

Potem te wycieczki do sklepu były rzadsze, wystarczało mi to co ewentualnie znalazłam w domu.
Biały chleb z margaryną, makaron smażony z jajkiem, mleko z czym popadnie.

Dziś do mojego koszyka w sklepach trafiają same zdrowe rzeczy a teraz również wegańskie.
Słodyczy sama z siebie nie kupuję, chyba że dla kogoś.
A moje napady przyjęły tak na prawdę całkiem zdrową postać.
Okazało się, że gdy nie mam w domu czekolady, białego chleba i tłustego mleka i tak potrafię się objeść.
Teraz moimi "wrogami" potrafią stać się orzechy wszelkiego rodzaju, pestki słonecznika czy dyni,
daktyle, figi suszone, rodzynki...nawet ugotowana kasza jaglana!

Jeszcze w styczniu przywiozłam do Norwegii 2 kilogramy nerkowców, kilogram niesolonych orzeszków ziemnych, kilogram pestek dyni i słonecznika.
I zaczęło się chrupanie- garściami!
I teraz wiem, że już takich zapasów nigdy nie zrobię!
Jeśli będę potrzebować szklanki nerkowców to sobie je po prostu kupię w norweskim sklepie,
nawet jeśli te 200 gram będzie kosztować tyle co pół kilograma w Polsce.
Masła orzechowego też nie mogę kupić, bo się boję, że zjem wszystko, razem ze słoikiem nawet.
Bo ja się po prostu boję jedzenia!
Boję się, że wywoła ono wyrzuty sumienia i doprowadzi do napadu obżarstwa.

Ale doczekam takiego etapu w moim życiu, kiedy przestanę się bać.
Kiedy będę potrafiła zjeść jak człowiek garstkę orzechów i na tej garstce poprzestać.
Kiedy będę mogła mieć w szafce i masło orzechowe i zdrowy krem czekoladowy i nawet trochę tego mniej zdrowego jedzenia.
I nie będę się bała, że się na to rzucę.

I dziś był taki mały kroczek do tego.
Wyjęłam resztki moich zapasów, które niby są zdrowe a dla mnie niebezpieczne.
Otworzyłam pekany i zjadłam garstkę.
I tyle:)
Dało się? Dało!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Dzień SIÓDMY, bieganie, domowe LODY i miska ze SZCZĘŚCIEM

To już tydzień!
TYDZIEŃ!
Wiecie, że ja nie pamiętam kiedy ostatnio wytrzymałam tydzień bez napadów obżarstwa i wymiotowania?
Do tej pory miałam już dwa dni, w których udało mi się pokonać chęć objedzenia się!
I jestem pewna, że gdyby nie to moje pisanie na blogu i Wasze komentarze, Wasze wsparcie, to te dwa dni byłyby spalone.
I pewnie weekend również, jak zawsze po wyjeździe Adama.
Dzięki Wam zrozumiałam, że nie powinnam się dołować, a cieszyć z większej ilości czasu tylko dla siebie.
Czasu, który powinnam wykorzystać jak najlepiej- i taki właśnie mam zamiar!
W ten oto sposób, zamiast pocieszać się przez weekend jedzeniem, zamiast zapychać doła kolejną porcją czegoś koniecznie niezdrowego, tłustego i pełnego tłuszczu, ja spędziłam te 2 dni aktywnie i zdrowo.
I teraz nie muszę użalać się jaka to beznadziejna jestem bo znowu zawaliłam.
Mogę napisać, że jestem z siebie niesamowicie dumna bo wytrwałam i dałam z siebie wszystko!
I to jest tak niesamowicie przyjemne, motywujące i dosłownie dodające skrzydeł!
Bo zaczynam wierzyć!
Choć jeszcze boję się tak o tym myśleć ale to prawda- zaczynam wierzyć, że mogę wyzdrowieć!


piątek, 31 marca 2017

Dzień PIĄTY- tak strasznie się boję!

Z dnia na dzień wyszło, że Adam nie jedzie do Polski za tydzień a...jutro.
Właśnie próbowałam odreagować smutek jedzeniem, ale po 2 jabłkach, 2 pomarańczkach, ciastku i trzeciej kanapce z pastą sezamową stwierdziłam, że tylko się zmuliłam i pogorszyłam sobie humor...
Dlatego więcej nie będzie.
Powiedzmy, że to taki mini napad był.
Choć takiego prawdziwego napadu kompletnie nie przypominał, bo wyglądał jak trochę większa kolacja jedzona całkiem spokojnie, bez tempa odrzutowca.
Za to boję się jutra i niedzieli.
Muszę sobie te 2 dni zaplanować, wymyślić jakieś przyjemności, które odciągną mnie od złych myśli.
Muszę pobiegać bo to pomaga zawsze.
Drugi dzień pada i to dołuje mnie jeszcze bardziej.
Muszę wytrwać, nie chcę zaczynać od początku!

Powiecie, że histeryzuję, ale ja boję się zostawać sama właśnie przez zaburzenia odżywiania.
Zawsze tak miałam, jak w szkole średniej wracałam do domu i wiedziałam, że mama ma 2 zmianę na przykład...to były najgorsze dni pod względem choroby.
Teraz nie dość, że mam doła bo zobaczę Adaśka mojego kochanego dopiero za 2 tygodnie, to jeszcze ta cholerna samotność.
Jak to dobrze, że mam Chrupka!
3majcie kciuki za jutro, aby złe myśli nie wygrały!
Już kilka razy zostawałam w Oslo sama na 2-3 tygodnie i w dzień wyjazdu Adama zawsze ale to zawsze się objadałam....
Jak będzie jutro?
:(:(




czwartek, 30 marca 2017

Dzień CZWARTY, moja WYGRANA i pyszne CIASTKA GRYCZANE

Wiedziałam, że codzienne meldowanie postępów na blogu mi pomoże.
Chyba tylko dlatego udało mi się dziś powstrzymać przed napadem.
Po powrocie do domu pojawiły się złe myśli.
Już sobie w głowie układałam co mogę zjeść aby zaspokoić ten wewnętrzny głód i jednocześnie łatwo zwymiotować, co mam akurat w domu i jak wymigać się od pisania dziś na blogu...
Dodam, że nie byłam głodna, dopiero co jadłam lunchboxa...
Siedziałam jak posąg a w mojej głowie toczyła się istna bitwa.
Zjadłam kromkę zwykłego jasnego chleba, jabłko, garstkę słonecznika...po czym napiłam się herbaty owocowej i...uciekłam pod prysznic robiąc sobie przy okazji małe spa na rozładowanie napięcia- maska na buzię, włosy i masaż rękawicami.
A potem pękałam z dumy:)

Z tej okazji upiekłam sobie ciastka i to był lekki błąd bo...zjadłam je wszystkie zamiast obiadu i kolacji!
Na szczęście zawierały w sobie tylko mąkę gryczaną, mleko owsiane, daktyle i kakao i przypominały bardziej słodki chlebek gryczany niż ciastka,
dlatego wcinałam je jak kanapki:)
Najważniejsze, że nie wywołały u mnie wyrzutów sumienia i chęci zwymiotowania.
Ale nad umiarem też będę pracować.


Już mi się kochani oczy kleją dlatego jeśli ktoś chciałby przepis na ciastki gryczane to odsyłam Was na bloga Agi (link)
Od siebie dodałam tylko więcej kakao i posypałam ciastka kruszonym ziarnem kakaowca.
I zapraszam też na mojego INSTAGRAMA, na którym melduję się też w ciągu dnia i mam zamiar mówić o tym jak mi idzie na bieżąco:)
Jesteście ze mną nadal??:):)
Nie macie mnie już dosyć?:)
Bo jutro też tutaj się pojawię!
A tymczasem dobranoc i po raz kolejny dziękuję!



Klem, klem:)

środa, 29 marca 2017

Dzień TRZECI, o kompleksach, kurzych łapkach i żółtym zębie:)

Przeglądałam dziś zdjęcia na telefonie.
Przyznaję, że te na instagrama obrabiam.
Schemat jest zawsze taki sam, podkręcam kontrast, obniżam jaskrawość.
I tyle.
Nie robię tego aby coś wyglądało lepiej, robię to aby coś wyglądało tak jak ja to widzę podczas robienia zdjęcia. 
Bo gdy biegam widzę świat jaśniejszym i bardziej kolorowym niż to co potem wychodzi na zdjęciu.
Bo gdy fotografuję moje kolorowe jedzonko patrzę na nie jak przez różowe okulary- ma piękne i soczyste barwy a na zdjęciu wydaje mi się za szare! 
Takie bez blasku.
Ja wiem, że mam wadę wzroku ale cóż poradzę, że ja odbieram świat dużo piękniejszym, cieplejszym, bardziej kolorowym...
Jedynie zdjęć z aparatu nie ruszam, co wyjdzie to wyjdzie, mistrzem w ustawieniach obiektywu nie jestem i czasem schrzanię ujęcie ale zawsze wybiorę jedno, które mi się podoba i którego nie trzeba obrabiać.
Czemu o tym piszę?
Bo czasem mam takie dni kiedy chciałabym zrobić ze zdjęciem coś więcej niż tylko wyostrzyć...czasem chciałabym na przykład zakryć to czego w sobie nie lubię.
I tak miałam dzisiaj przeglądając niektóre zdjęcia.
Ale stwierdziłam, że zamiast je retuszować lub usuwać..dodam je na bloga i pokażę Wam czego w sobie nie lubię!
I co mam zamiar z tym fantem zrobić.

wtorek, 28 marca 2017

Dzień DRUGI- lunchbox, tahini, hummus i królik, którego chciałoby się schrupać:)

Dziękuję!
Przeczytałam komentarze łapiąc wifi gdzieś na stacji kolejowej i stałam tam jak głupia na środku wadząc ludziom i uśmiechając się sama do siebie:)

Melduję dzień drugi zaliczony na wielki plus choć nie ćwiczyłam i nie biegałam ale odpoczynek też jest ważny.
Za to sporo czasu w kuchni spędziłam i to nie na chaotycznym sprawdzaniu szafek w poszukiwaniu czegoś słodkiego...
Wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? 
Ja, osoba, która od 13 lat ma zaburzenia odżywiania polegające na napadowym objadaniu się i czasem wymiotowaniu- ja uwielbiam zdrowe kolorowe jedzenie.
Im więcej kolorów tym lepiej a zieleń i czerwień to zdecydowanie moi ulubieńcy w lunchboxach i na talerzu.
Jeśli jem takie sałatki to nie dlatego, ze jestem na diecie, odchudzam się czy jestem królikiem.
Ja po prostu uwielbiam warzywa, owoce i wszystko co świeże i soczyste.
Dlaczego nie objem się jabłkami, sałatą i cukinią tylko ciastkami i chlebem?
Nie wiem ale jedno jest pewne, takie jedzenie jak zobaczycie poniżej daje mi energię, szczęście i przede wszystkim ZDROWIE.
I takiego chcę się trzymać- nie chcę- po prostu robię to!


poniedziałek, 27 marca 2017

Dzień PIERWSZY

Od początku marca starałam się pracować nad sobą.
3 tygodnie temu napisałam o moich problemach z zaburzeniami odżywiania, które ciągną się za mną już od kilkunastu lat i jak do tej pory nie znalazłam dla siebie właściwej drogi do całkowitego wyleczenia.
Szło mi całkiem dobrze, po kilka dni, potem trochę gorzej, potem znowu lepiej, potem znowu i tak w kratkę.
Ostatnie 3-4 dni pokazały mi, że znowu coś jest nie tak, znowu wpadłam w "ciąg" i to jest identycznie jak z ciągiem alkoholowym.
Tylko zamiast na wino/wódkę/piwo człowiek rzuca się na chleb, płatki, słodycze, słone przekąski i w zasadzie wszystko co jest pod ręką i jest wysokokaloryczne, pełne tłuszczu i cukru.
Co rano jest rachunek sumienia żal za grzechy i postanowienie poprawy, a po 2-3 godzinach znowu to samo.
Przecież nic się nie stanie, zacznę od jutra i to tak, że dam z siebie 100%, a dziś się do tego przygotuję- naszykuję jadłospis, listę zakupów i plan treningowy.
Tylko, że zamiast szykować się do kolejnego początku ja tylko jem jem i jem i rano od początku stary schemat.
Tak wyglądały moje 4 ostatnie dni.
Chyba nie muszę pisać jak się z tym czułam.
Miałam zamiar przemilczeć to na blogu- przez wstyd- napisać za kilka dni po prostu "bywało lepiej i gorzej ale już jest ok".
Bo osoby z zaburzeniami odżywiania potrafią doskonale udawać, że nic się nie dzieje.
U mnie po 13 latach choroby wie o niej nadal tylko garstka najbliższych osób, z czego 90% myśli, że już jest wszystko dobrze.
A co najlepsze dzisiejszą notkę miałam napisać już wczoraj, dzień był rozpoczęty super bo porannym 10-kilometrowym wybieganiem i byłam z siebie dumna.
Ale wieczorem zamiast pisać na blogu dorwałam się do ciastek...
I mam już tego dosyć!

czwartek, 23 marca 2017

DOM

Wychowałam się w drewniaku z 1947 roku.
Szczerze?
Nie lubiłam tego domu, nigdy.
Za krzywe ściany z jakiejś płyty wiórowej, malowane na żółto z wzorkiem od wałka i zaciekami.
Bo wiatr często strącał stare dachówki i gdzieś tam się czasem lało.
Za stare okna, którymi wiało a przy myciu wchodziły w palce drzazgi.
W kuchni nawet na zimę zasłanialiśmy jedno okno kapą bo tak ciągnęło zimno...
Za stare podłogi, które trzeba było szczotką szorować bo brud wchodził w zagłębienia- a nawet jak się je tak porządnie wypucowało to wyglądały jak brudne bo farba się zdzierała.
Za to, że długo nie było w domu wody, nosiło się ją ze studni na podwórku a ja się bałam, że do niej wpadnę jak w bajce o dwóch Dorotkach.
Za to, że zimą paliło się tylko w kuchni i przez te kilka miesięcy siedzieliśmy w 4 w "jednej izbie".
Za to, że nie było łazienki a wodę grzało się na piecu lub na gazie.
Za to, że nie miałam własnego pokoju.
Choć w sumie miałam- jako 10 latka sama wypucowałam "mały pokój", który był po sufit zawalony gratami. 
Został stary, czarny i przerażający kredens, panieńska meblościanka mamy ze składanym biurkiem i łóżkiem, brudne ściany zakryte plakatami z Bravo, Popcornu i Kawaii, i uginająca się podłoga przez którą wszystko falowało.
A ja ten kredens i biurko i wszystko pucowałam co sobotę bo byłam szczęśliwa, że mam swój kącik.
Ale nadal zazdrościłam koleżankom, które miały zwykłe murowane domy, proste ściany, panele zamiast starych desek, ogrzewanie centralne i łazienki.
Miałam dopiero 21 lat gdy wyremontowaliśmy dom od podłóg po dach.
Teraz przypomina te domy koleżanek, tylko jest ładniejszy bo zielony:)
No i pewnie postoi dłużej niż te murowane bo mimo sędziwego wieku ściany ma niesamowicie mocne.
Ale remont nic nie zmienił, nadal nie lubiłam tego domu, za dużo wspomnień i żal bo on miał być taki ładny, odnowiony, ale dla mamy, a jej już nie było z nami.

Ale mam też z nim pewne dobre wspomnienia bo dom mój rodzinny remontował Adam...i tak to się wszystko zaczęło:)
W zasadzie mogę powiedzieć, że poznałam Go właśnie dzięki temu staremu drewniakowi i jak tak pomyślę to zaczynam nawet lubię mój dawny dom.
Dawny bo już tam nie mieszkam, wywiało mnie do...innego drewniaka.
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kupię taki 80-letni dom i będę jeszcze chciała wyeksponować jego krzywizny, drewno i stare okna- popukałabym się w swoje wielkie czoło xD
A tu się okazało, że nie dość, że byłam zachwycona to jeszcze pokochałam go całym sercem:)

Od początku wiedzieliśmy, że to będzie dom na wakacje, na wypad weekendowy, taka nasza ostoja i oderwanie od pracy i problemów.
Bo tam, dosłownie za siedmioma górami i siedmioma lasami, gdzie leży nasza Potargano Chałupka, tam czas się zatrzymuje.
Można odpocząć, naładować baterie, nacieszyć się spokojem.
Ale mieszkać cały rok?
Yyyy...
No właśnie.
Może i byśmy o tym myśleli, gdyby nie takie jedno piękne miejsce, z drzewami, na które wchodziłam jako dziecko i budowałam domki, z widokiem na las, do którego chodziłam tysiące razy.
Tuż obok mojego rodzinnego zielonego domku, po drugiej stronie ulicy czeka na nas to wymarzone miejsce.
I tam kiedyś zamieszkamy.
I mimo, że dom wybraliśmy tak różny od Potarganej Chałupki, to jestem pewna, że jakieś jej elementy przemycę do wnętrza:)
Na przykład drewno, duuużo drewna:)

Bo jak się tylko da to trzeba marzenia spełniać.

poniedziałek, 13 marca 2017

Tydzień w zdjęciach

I kolejny tydzień marca za nami.
Wiecie, że za równy miesiąc będę kolejny rok starsza?:)
A 3 dni później polecę świętować do Polski:):)
Już się nie mogę doczekać!

Ale ja nie o tym w sumie chciałam.
Post powinnam zacząć od ogromnych podziękowań za tak ciepłe przyjęcie moich ostatnich uzewnętrznień:) Podziękować wszystkim, którzy napisali ciepłe słowo zarówno tutaj jak i na instagramie.
To znaczy dla mnie bardzo bardzo dużo i działa niesamowicie motywująco!
Wiem, że jedyny sposób na pokonanie "potwora" to zaakceptowanie siebie i nad tym bardzo pracuję każdego dnia.
I nie będę udawać- nie zawsze mi się udaje, po dwóch tygodniach mam na swoim koncie 3 słabsze dni ale w każdej porażce widzę i tak wielką poprawę! 
Bo to co ja teraz nazywam kiepskim dniem, kiedyś było prawie idealnym w porównaniu do tych strasznych kompulsów, które potrafiły mi towarzyszyć od rana do nocy.
Dlatego taki dzień nie jest już dla mnie porażką a lekcją, z której muszę wyciągnąć wnioski.
Jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za wsparcie!
I za poświęcenie chociaż tej jednej chwili na naskrobanie kilku motywujących słów:)

A tymczasem ostatnie kilka dni w nadal zimowym Oslo.
Pokazało się i słońce i śnieg i mróz i odwilż i znowu śnieg i mróz i tak na zmianę:)
Jeszcze nam trochę do wiosny brakuje ale już niedługo, już niedługo!


poniedziałek, 6 marca 2017

Pokonam zaburzenia odżywiania

Czy dziś może być 6 stycznia?
Niee, nie chcę się cofać w czasie.
Nigdy nie chciałam nawet o sekundę, chyba że mogłabym zmieniać przeszłość...
Po prostu tak siedzę, rozmyślam i dochodzę do odkrywczego wniosku, że tak właśnie powinien wyglądać mój początek roku.
Ten moment kiedy zaczynamy z czystą kartą, nowy rok, nowa ja, mnóstwo postanowień i pewność, że tym razem się uda.
U mnie się nie udało.
W zasadzie nie wiem czy choć 1 dzień w styczniu miałam dobry.
Dobry w pewnym określonym sensie.
Dobry bo wolny od zaburzeń odżywiania.
Może jakieś pojedyncze dni się zdarzały, w lutym było ich już więcej ale też bez szału wielkiego.
To takie głupie trochę bo pokazuję tutaj zdrowe, kolorowe potrawy i ogólną hygge z życia a tymczasem nie wszystko jest takie jak być powinno.
Czasem nic nie jest.
Bo we mnie są dwie zupełnie różne osoby.
Jedna pełna wdzięczności do losu, szczęśliwa, energiczna i naprawdę optymistycznie nastawiona do siebie i świata.
Druga zdołowana, zła, zakompleksiona, leniwa, odkładająca wszystko na później, pesymistka, i za to wszystko pełna nienawiści do samej siebie.
Gdy ta pierwsza jest u władzy życie jest piękne!
Ta druga za to przychodzi razem z napadami kompulsywnymi i bulimicznymi czyli, nazwijmy to po imieniu- z obżarstwem do granic możliwości i często wymiotami.
Walczę z tą drugą "złą" mną już prawie połowę życia.
Czasem tylko myślę, że walczę a czasem walczę naprawdę.
I teraz jest to naprawdę.
Mimo, że to dopiero tydzień.
Ale pierwszy od dawna tydzień tej szczęśliwej Magdy.
Tej, co nie musi nic udawać, tej za której uśmiechem kryje się tylko i wyłącznie prawdziwa radość a nie próba ukrycia złości i łez.
Muszę sobie ten tydzień zapisać, utrwalić i powtarzać, powtarzać, powtarzać już zawsze!



niedziela, 26 lutego 2017

Dlaczego nie jem mięsa

Nazwijmy sprawy po imieniu- jestem wegetarianką.
Oficjalnie od 1 stycznia, bo w Sylwestra skusiłam się na kawałek mięsa, choć wcześniej nie jadłam go ponad 2 miesiące.
Teraz znowu trochę czasu minęło i już jestem pewna, że nie tylko nie zjem więcej gulaszu, schabowego, kotleta mielonego czy pieczonego udka, ale nawet bardzo lubianej przeze mnie wątróbki i innych podrobów.
Nie zjem parówki, szynki, pasztetu czy lubianej kiedyś mortadeli.
Nie zjem galarety z nóżek, pulpetów, tradycyjnych gołąbków czy pierogów z kapustą i mięsem.


Nie jem ryb, choć całkowicie ich jeszcze nie wykluczam, bo może kiedyś będę chciała jeszcze poczuć smak łososia, ale niewykluczone, że i bez tego będę mogła spokojnie żyć.
Czy czuję jakbym sobie czegoś odmawiała?
Nieeee!!!!
Bo już mi klapki z oczu opadły.


Patrząc na wielki kawałek surowego różowego mięsa nie widzę obiadu a kawałek ciała zwierzęcia, któremu nie było dane żyć tyle ile powinno i w choć odrobinę godny sposób.
I nie piszę tego po to aby Was namawiać, po to aby komukolwiek obrzydzać mięso.
Piszę bo zapominam.
Zapominam jak ta moja przemiana przebiegała u mnie a bardzo chciałabym wiedzieć kiedy to się zaczęło i jak ewoluowało.
Chciałabym nazwać się kiedyś weganką.
W zasadzie mogę powiedzieć, że w 90% nią jestem.
Licząc powiedzmy od Nowego Roku zjadłam max 3 jajka i łącznie ze 2 szklanki mleka, czy to wypitego bezpośrednio, czy to w jakimś wypieku.
JA!
Jeszcze we wrześniu w filmiku z odpowiedziami do Liebster Blog Awards mówiłam, że nie mogłabym zostać weganką bo nie potrafiłabym zrezygnować z mleka i jego przetworów!
I na serio tak myślałam!
A czemu?
Bo wychowałam się na krowim/kozim mleku, swojskim twarogu, śmietanie, na maśle, kaszy mannie i kluskach lanych na mleku rzecz jasna.
Nigdy nie próbowałam odstawić nabiału bo byłam przekonana, że nie mogę bez niego żyć, że zbyt wiele produktów typu twarożki, jogurty, serki zjadam i po ich odstawieniu nie będę miała po prostu co jeść!
A weganizm? Abstrakcja, paranoja, wyolbrzymienie.
Weganie przesadzają, przecież kura musi znieść jajko a krowa musi zostać wydojona....
Tak, takie miałam bezpieczne, asekuracyjne podejście po to aby móc dalej cieszyć się klapkami na oczach.
Mimo, że wychowując się już na tej mojej wsi, doskonale wiedziałam czym było to mięso co pływa w rosole.
Było kurą, która biegała jeszcze 3 godziny temu po podwórku.
Kiedyś faktycznie myślałam, że wszystkie kury biegają po trawce i grzebią w ziemi a krowy pasą się na łąkach i jedyne co można hodowcom zarzucić to to, że krowy jedzą trawę tuż przy drodze.


NIE WIEDZIAŁAM, że mleczna krowa często przez całe swoje życie nie widzi słońca!
Że stoi 5 lat pasiona i dojona na zmianę, że musi wyrobić normy powyżej 20 litrów mleka czyli o 6-8 litrów więcej niż natura nakazuje, przy czym to mleko nie trafia do jej dziecka bo ono zabierane jest już następnego dnia po urodzeniu.
Krowa czuje i wie, że zabierają jej dziecko, i tak każdego roku cierpi bo je traci, a przy tym jest wycieńczona fizycznie bo cały czas wymaga się od niej aby dawała jak najwięcej mleka.
Takie tempo wytrzymuje średnio 5-7 lat, potem jej wydajność spada, opłacalność też i trafia do rzeźni na mięso 2 kategorii.
A powinna żyć nawet 20 lat i więcej
Ja tego naprawdę nie wiedziałam!!!
Głupia dałam się nabrać na te durne reklamy krówek pasących się na łąkach, szczęśliwych, machających ogonami...
Bo nasza krowa, Kalina, taki właśnie żywot miała.
A jak miała cielaka to mleko było dla niego a nie dla nas!
I tak powinno być!
A nie jest!
I ja się na to nie godzę po prostu.


Wychowałam się wśród zwierząt gospodarskich.
Mieliśmy klaczkę, kiedyś podobno też owieczek kilka, krowę, a na sam koniec, w moich już starszych latach mieliśmy kilka kóz.
Na sam koniec.


Klaczkę potrącił samochód.
Zerwała się z łańcucha na polu tuż za domem i przez czyjeś podwórko wyszła na ulicę i biegła w stronę naszego domu. 

Jechał jakiś 16 latek, oczywiście bez prawa jazdy. Zamiast zwolnić, a najlepiej zatrzymać się, on zaczął biegnącego konia wyprzedzać... 
Mićka się wystraszyła, uskoczyła wpadając bokiem na auto.
Mieliśmy ją 12 lat, złamana noga, musieliśmy ją uśpić aby nie cierpiała.
Ale koń to nie pies, nie można go zakopać pod drzewem...trzeba albo zutylizować i za to słono zapłacić albo oddać do rzeźni...Wtedy pracowała tylko moja mama i zarabiała max 1000 zł na 4 osoby więc możecie się domyślić jaką decyzję musieliśmy podjąć...
Pocieszałam się, że spokojnie zasnęła i dopiero potem przyjechali po nią. 

Już nic nie czuła.
Potem miałam mięsowstręt ale głównie jeśli chodziło o wędliny i mięsne przetwory bo bałam się, że może w nich być nasz koń...


Kozy...kozy jedzą i jedzą, są wszystkożerne, uwielbiały gazety xD
Nie wiem kto je zabijał, chyba ojciec ale nie jestem pewna...w każdym razie 2 razy widziałam mięso na stole, nawet go spróbowałam ale kozina jest bardzo specyficzna i mi nie smakowała...
Wiedziałam, że to było zwierzę, które chodziło po naszym podwórku a mimo to nie widziałam nic złego w tym, że lądowało w zamrażarce i na talerzach....
Żałuję tego, żałuję, że się nie postawiłam albo chociaż sama nie odmówiłam jedzenia tego...
Nie widziałam w tym po prostu nic złego.
Tak jest na wsi, ma się zwierzęta i czasem te zwierzęta trafiają na stół.
Kozy były u nas dosyć długo, średnio 1-2 dorosłe i czasem ich młode, które po prostu się sprzedawało. 

Ludzie kupowali je ze względu na mleko, które nie uczulało i podobno było bardzo zdrowe.
Później mój ojciec dostał od kogoś kozła.
Ten kozioł był u nas może 2 lata.
Zaczął robić się agresywny.
Pewnego dnia zaatakował mnie, uderzył w biodro i dodatkowo poobijałam się o ścianę, na którą wpadłam.
Ojciec zdecydował, że jest z nim coraz gorzej i trzeba go jak najszybciej "zlikwidować"
To jest jedyny przypadek, w którym tak bardzo żałuję, że jakieś zwierzę nie zostało od razu zabite...
Chociaż teraz po latach myślę, że można go było po prostu czasowo odizolować, może to hormony, może dało się coś zrobić aby zapobiec temu koszmarowi a jednocześnie nie zabijać zwierzęcia.
Teraz tak myślę ale wtedy z całego serca nienawidziłam tego kozła..nie za to, że mnie uderzył, a za to, że dzień później zaatakował mamę.
Podobno nawet w radiu o tym mówili jako o kolejnym przykrym wypadku z udziałem zwierząt gospodarskich, przykrym wypadku, który zabrał nam mamę.


Powinnam nienawidzić zwierząt.
Powinnam mieć żal do końca życia i tak było na początku.
Na samo wypowiedziane słowo kozioł miałam świeczki w oczach i zaciśnięte pięści z nerwów.
Ale po jakimś czasie usłyszałam jak jeden facet chwalił się jak to przyszli w trzech do nas zabić tego kozła chwilę po wypadku...

"Nie trafiło im się w szyję tylko w nogę i potem znowu gdzieś się siekiera omsknęła i wierzgał ale dobrze mu tak..."
Serce mi stanęło...
Rozpłakałam się z żalu nad zwierzęciem, którego wcześniej sama nienawidziłam.
Nikt nie zasłużył na katowanie siekierą!!!


Musiałam kiedyś o tym napisać i to z siebie wyrzucić.
Myślę, że w tak długiej notce przeczytają to tylko osoby faktycznie zainteresowane tematem...


Minęło już 8 lat, przez ten czas miałam klapki na oczach nie tylko na sprawy jedzenia mięsa ale w ogóle jakiegokolwiek racjonalnego odżywiania się.
Miałam gdzieś to co jem, jak jem, czy będę od tego zdrowa, chora czy będę świecić na zielono, czy jem zwierzęta i jak te zwierzęta są hodowane.
W nosie miałam to, jak i swoje zdrowie, liczyło się tylko aby przetrwać każdy następny dzień i być coraz dalej od tamtego koszmaru.
Przez pierwsze 2-3 lata wręcz nie chciałam być zdrowa!
Bo po co, bo dla kogo? Coś mnie niby jeszcze w życiu czeka? Nie sądzę!
Dopiero gdy poznałam Adama i wiedziałam już, że faktycznie możemy być razem, że mam już dla kogo żyć i dbać o siebie, zaczęłam znowu zwracać uwagę na to co jem.
I przestałam skupiać się tylko i wyłącznie na swoim bólu.


Cały czas mam przed oczami filmik obejrzany kilka miesięcy temu, na którym przerażone świnie pędzone są na rzeź, filmik z królikiem obdzieranym z sierści do gołej skóry i wyjącym z bólu tak rozpaczliwie, że serce się zatrzymuje, a łzy mimowolnie napływają do oczu.
Tak nie można!!!


Czemu nie widziałam tego wcześniej???
Czemu przyczyniałam się do tych procederów serwując schabowe na obiad, kupując puchową pościel, wełniane skarpetki, skórzane buty...
Czy ja faktycznie nie wiedziałam czy może udawałam bo tak wygodniej?


Nie ważne, teraz już nie mam klapek na oczach i po prostu, najzwyczajniej w świecie nie wyobrażam sobie abym mogła brać w tym nadal udział.

To tyle...