sobota, 24 czerwca 2017

Jedziemy do Polski!

Ostatnia noc w starym mieszkaniu w Oslo.
Oficjalnie już przeprowadziliśmy się w nowe miejsce.
Zmiany zmiany, zmiany!
Zmiany są dobre!
Cieszę się bardzo i powiem nawet, że nie będzie już tak żal opuszczać Polskę w sierpniu.
Ale aby ją opuścić najpierw musimy do niej przybyć!
A to już w poniedziałek!!!:)
Jutro wyjazd a dziś cały dzień przewożenia mebli, rzeczy i sprzątania i to z gorączką i ogólnym osłabieniem.
Ale dałam radę!
Teraz tylko pozostaje się cieszyć i...kurować:)
Dlatego Adam właśnie pije zasłużonego i ostatniego browarka ze "starymi" sąsiadami a ja leżę już w łóżku wykąpana, opatulona i napojona Fervexem:)
To będzie fantastyczny czas.
Jeszcze lepszy niż rok temu bo i ja się zmieniłam.
Już nie jestem tak nerwowa, już się tak nie przejmuję wszystkim, mam w sobie więcej wrażliwości i empatii do ludzi a przede wszystkim do zwierząt i czuję się z tym bardzo dobrze!
To będą moje pierwsze wakacje bez mięsa! 
Ciekawa jestem jak rodzinka i znajomi zareagują na dużo dużo więcej warzyw przy naszych grillach:)
To będą też pierwsze wakacje ze świadomym dążeniem do wyzdrowienia.
Jestem bardzo ciekawa jak to będzie z bulimią.
Wiem jedno, strasznie ale to strasznie chcę się Wam tutaj chwalić a już nigdy więcej dołować!
Kilka "czystych" dni, w zasadzie cztery, (aż cztery:):)!), pozwoliło mi zmienić myślenie o 180 stopni.
Już nie czuję się źle ze sobą, już nie uważam siebie za grubą czy nieatrakcyjną.
To bardzo bardzo ważne!
Bo nie jadę do Polski z poczuciem, że zawaliłam a z radością że wypnę dupkę na plaży!
Chcę aby to myślenie utrzymywało się u mnie już zawsze dlatego muszę, muszę wyzdrowieć!
Bo życie bez bulimii jest fantastyczne!
A tymczasem pozwolę sobie wprowadzić siebie i Was w iście wakacyjny nastrój.
Kadry z zeszłego roku.
Możecie być pewni, że i w tym zasypię Was zdjęciami:)


środa, 21 czerwca 2017

Jak pokochać siebie

Wiecie, że po ostatnim wpisie miałam zamiar meldować się tutaj codziennie?
Więc jak to się stało, że znowu prawie 2 tyg bez wieści ode mnie minęły?
Ano dlatego, że zaraz zaczął się "ciąg" trzech zawalonych dni.
Do tego mnóstwo pracy. 
Serio, tak ciężkiego tygodnia nie miałam już dawno.
A jak już się trochę unormowało i miałam więcej czasu, to znowu 2 dni napadów.
To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że nie chcę tak żyć, że chcę się tego kur**stwa pozbyć raz na zawsze.
Bulimia zabiera tyle czasu, sił i szacunku do siebie.
Właśnie tego ostatniego mi najbardziej obecnie brakuje.
Ciągle porównuję się z innymi, wyrzucam sobie, że znowu mi się nie udało, że nadal jeste chora i nadal czuję się ze sobą źle.
Znowu wakacje i kompleksy, znowu nie założę ciuchów, które trzymam z chudszych czasów lub które były kupione w mniejszym rozmiarze i nigdy nie noszone.
Znowu obiecywałam sobie, odliczałam tygodnie, myślałam, że potrzebuję tylko 2-3 "czystych" tygodni aby poczuć się ze sobą lepiej, trochę schudnąć i wprowadzić nowe nawyki.
No i uzbierałoby się tyle ale poprzecinane napadami.
A wszystko przez tą presję jaką sama sobie narzuciłam.

To nie jest tak, że się nie staram, że nie próbuję z tego wyjść.
Jeszcze nigdy nie poświęcałam tyle czasu na pracę nad sobą, na próbę zrozumienia siebie, tych wszystkich impulsów, które popychają mnie do objadania się i wymiotowania.
Nigdy jeszcze tak na prawdę nie myślałam, że mogę wyzdrowieć, że bulimia nie musi iść ze mną w parze całe życie.
A teraz wiem, że wyzdrowieję.
Ale muszę przestać się odchudzać, pokochać swoje ciało, wyrobić nowe zdrowe nawyki i zacząć szanować siebie.
Trochę dużo jak na całe lata spuszczone w toalecie.
Ale wiem, że się uda.
A wszystko będę relacjonować tutaj.
I póki choruję na bulimię, to będzie blog o wychodzeniu z niej, przede wszystkim.
A wiecie co mnie najbardziej motywuje? 
Że swoją (pozytywną) postawą mogę pomóc innym osobom zmagającym się z zaburzeniami odżywiania.
Mogę kogoś zainspirować tak jak Ania Gruszczyńska (link) zainspirowała mnie i pokazuje, że można wyzdrowieć!
Chcę być takim dobrym mobilizującym przykładem, ale przede wszystkim chcę odzyskać siebie!


sobota, 10 czerwca 2017

Być sobą

W głowie mam tysiąc myśli.
A kiedy tak jest to przeważnie nie wiem co napisać.
No i nie wiem, choć tak na prawdę wiem jakie zdanie doskonale odda moje samopoczucie.
Dałam ciała, zawaliłam jestem totalnie beznadziejna.
I tutaj powinno pojawić się mnóstwo łzawych, przepełnionych nienawiścią do samej siebie zdań o stopniu mojej głupoty, 
nieporadności i totalnym lenistwie któremu poddaję się zdecydowanie za często.
A może by tak uśmiechnąć się do samej siebie, powiedzieć "wyluzuj będzie dobrze" i przestać pisać/mówić/myśleć o porażkach?
Przecież nie jest wcale tak źle, przecież dzieje się w mojej głowie i życiu wiele dobrego i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej!